Dom Dziecka Paulinka

Usamodzielniły się, ale są wśród nas

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.(Koh 3,1)
Od 1 października 2007 roku nie ma już w „Paulince” dziewcząt z „mojej” pierwszej w tej placówce grupy. Każda z nich żyje na własny rachunek, usamodzielniły się. Chciałoby się powiedzieć, że teraz zostały po nich tylko wspomnienia. Nasze (one zawsze będą nasze) dorosłe już dziewczęta wspominam bardzo często. Nie myślałam kiedyś, że będzie mi ich tutaj brakowało, że będą chwile, w których zatęsknię za nimi. A jednak tak jest. Dlaczego? Różnie układało się między nami, ale doświadczałam też od nich wiele dobra. To otrzymane od nich dobro pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Kiedy je o coś poprosiłam, nigdy nie odmówiły. Odmawiały często wykonania polecenia, ale prośby: nie! Z największym sentymentem wracam do listopada 2005 r. To był czas, kiedy w „Paulince” pracowały tylko siostry wychowawczynie i praktycznie opiekowały się dziećmi 24 godziny na dobę. Trafiły wtedy do nas siostry: Kamila (8 lat), Marta (6 lat) oraz dwu i pół letnia Dominika. Byłam już dyrektorem, miałam wiele obowiązków, ale musiałam pod swoją bezpośrednią opiekę przyjąć te właśnie dziewczynki. Obawiałam się, czy podołam wszystkiemu. Przyszły wtedy do mnie starsze dziewczęta (nie byłam już ich wychowawcą) i powiedziały: „Niech się ciocia nie martwi, pomożemy cioci”. I tak było. Przez wiele tygodni to właśnie one: Dagmara i Asia przygotowywały dziewczęta do snu. Kiedy zachodziła taka konieczność, zabawiały Dominikę w ciągu dnia. Jak wszystkie siostry zakonne zbieramy się rano na wspólne modlitwy. Dominika wstawała bardzo wcześnie, musiałam się więc nią zajmować, nie mogłam pójść do kaplicy. I tu z pomocą przyszła mi Emilka. Dostawiła swój tapczan do tapczanu Dominiki. Kiedy nasza najmłodsza pociecha obudziła się, Emilka zajmowała się nią, a ja mogłam spokojnie pójść modlić się razem z siostrami. Przebaczanie w naszym domu jest „chlebem powszednim”. Przebaczamy my, wychowawcy, dziewczętom, ale zdarza się, że czasami dziewczęta muszą przebaczyć nam, dorosłym. Były wakacje, czwartek, a my zamiatamy podwórko w sobotę. Pokłóciłam się z „moimi” dziewczynami, chociaż jak się później okazało niesłusznie. W tym dniu miał przyjechać do nas gość z zagranicy. Wróciłam po chwili do pokoju dziewcząt i ze skruszoną miną powiedziałam: „Jadę zaraz po dobrodziejkę naszego domu dziecka”. Z lekkim uśmiechem popatrzyłam na każdą z nich i wtedy usłyszałam słowa: „Trzeba zamieść podwórko? Dobra, może ciocia spokojnie jechać, zamieciemy”. Kiedy przyjechałam z naszym gościem, podwórko wyglądało, jakby przed chwilą przejechał po nim odkurzacz.
Odeszły nasze dziewczyny, są z nami w stałym kontakcie: odwiedzają nas, dzwonią, przysyłają sms-y, dzielą się swoimi radościami i smutkami, to cieszy nas najbardziej. Każdej naszej wychowance można by poświęcić jeden rozdział długiej i na pewno ciekawej książki. Książki nie napiszę, ale postanowiłam pisać na naszej stronie właśnie o wychowankach „Paulinki”, o tych, które odeszły i o tych, które są wśród nas obecnie. Jeśli chcecie poznać krótkie opowieści o naszych wychowankach, zapraszamy na stronę „Paulinki”.s. Halina