Dom Dziecka Paulinka

Byłem wolontariuszem...

Byłem wolontariuszem... Tak, dokładnie 3 lata temu, właśnie 11 listopada (jeśli się nie mylę) - w święto niepodległości Polski - po raz pierwszy pojechałem do Integracyjnego Domu Dziecka "Paulinka" we Włocławku i po raz kolejny tym samym spróbowałem czegoś nowego. Już tak jestem ukształtowany, że lubię próbować czegoś nowego, lubię poznawać nowe rzeczy. Nie zawsze jest to dobre, bo wiele moich prac, kierunków mojego zaangażowania okazało się "niewypałami", z których wyniknęło niewiele więcej niż stracony czas i zaprzestanie danej działalności. Nie mniej jednak jakąś naukę na przyszłość zawsze to stanowi. W końcu człowiek uczy się na błędach. Ale wracając do pierwszej podróży do domu dziecka, na pewno nie można jej nazwać "nauczką na przyszłość", lecz rozpoczęciem nowego etapu w moim życiu, który wiąże się nieodłącznie z moim nawróceniem, a raczej rozpoczęciem prawidłowego poznawania Boga. Odwiedziny domu dziecka były całkowicie nowym przeżyciem, którego trochę się bałem, bo w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, co mnie czeka. O domach dziecka miałem wyobrażenie pochodzące jedynie z mediów, programów poszukujących sensacji, które pokazywały przerażającą biedę, w jakiej przychodziło żyć ludziom zdanym na łaskę opieki socjalnej. Zresztą słowa naszego opiekuna - ks. Ireneusza Sawickiego, z którym właśnie 11 listopada 2002 roku pojechała grupa uczniów III Liceum Marii Konopnickiej we Włocławku, w której znalazłem się też ja (i o którym dużo dobrego mógłbym mówić przy każdej okazji, ale tu ogranicza mnie Twoja cierpliwość drogi Czytelniku), potwierdzały moje przekonanie. Na pytanie: czy mam coś wziąć dla tego domu dziecka - usłyszałem - cokolwiek, na pewno się ucieszą. Kupiłem więc trochę cukierków, o ile dobrze pamiętam. I z tymi cukierkami przekroczyłem próg domu dziecka...
Okazało się, że byłem zdecydowanie bardziej przestraszony, niż to było potrzebne - po pierwsze, a po drugie - niż niektóre z wychowanek, które, nie wiem dlaczego, zaczęły wchodzić mi na kolana i prosić, żebym ponosił je "na barana"... Ja oczywiście grzecznie wykonywałem te prośby (głównie płynące z ust Ani Zimermann), które w danej chwili były dla mnie równoznaczne z podawaniem kubka wody umierającemu z pragnienia człowiekowi.
Tak w skrócie wyglądała moja pierwsza wizyta w "Paulince", po której, za namową ks. Ireneusza, ja i kilka innych osób postanowiło stale - mniej więcej raz w tygodniu - odwiedzać dzieci z tego domu dziecka i miłe siostry zakonne opiekujące się nim, które nas tak ciepło przyjęły. To było preludium mojego pierwszego w życiu bezpośredniego i regularnego zaangażowania się w działalność charytatywną. Samo to jednak nie było decydujące o poświęceniu, jakie włożyłem w tę pracę. Najważniejsze znaczenie bowiem miało pierwsze spotkanie przyszłych wolontariuszy w szkole, które odbyło się tydzień po opisanej przeze mnie wizycie w domu dziecka...
Przyszedłem na nie, bo przecież w końcu przez jakiś tam okres czasu zamierzałem przyjeżdżać do tego domu. Usiadłem sobie z boku klasy, żebym nie rzucał się w oczy innym uczniom takim, jak ja, z których prawie nikogo nie znałem. Ksiądz Ireneusz wszedł do klasy, zaczął coś mówić o regularnym jeżdżeniu itp. Pomyślałem, że nie usłyszę pewnie nic ciekawego i usadowiłem się nieco wygodniej w krześle spokojnie oczekując na koniec spotkania... Ale nagle zaczęło się robić ciekawiej, ksiądz zaczął mówić o tym, że powinniśmy ustanowić dla siebie "szefa grupy" spośród nas. I nagle spojrzał na mnie i powiedział: "ja proponuję na szefa Krzyśka, dlatego, że...".
I co się stało po słowach księdza? Oczywiście nikt nie śmiał się sprzeciwiać i w ten sposób zostałem szefem wolontariatu w III L.O. im. Marii Konopnickiej we Włocławku ds. Integracyjnego Domu Dziecka "Paulinka".
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Przecież nie jest to wizyta w domu dziecka i nie opowiada o mojej działalności. Racja, ale te słowa opowiadają o czymś podstawowym, dzięki czemu łatwo można zrozumieć mój stosunek do tej pracy i wyobrazić sobie zgrubsza, jak ona wyglądała. Opowiada o moim osobistym podejściu do rośliny, na której przyszło mi być liściem dla owoców. Do przepięknej rośliny, którą był dom dziecka.
Jeszcze kilka tygodni przed pierwszą wizytą w "Paulince", gdyby ktoś mi powiedział, że zostanę szefem właśnie takiego wolontariatu, to albo przestałbym go lubić myśląc, że wyśmiewa się ze mnie, albo on przestałby mnie lubić, bo to ja wyśmiewałbym się z niego. W każdym razie nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w takiej roli. Naprawdę nigdy, chociaż w wielu nierealnych rolach się widziałem. W roli strażaka, koszykarza, chirurga, ale szefa wolontariatu? Przenigdy. Po prostu nie marzyłem o czymś takim. Sądziłem zapewne, że aby być szefem czegokolwiek potrzebne są ogromne umiejętności, mnóstwo znajomości i jeszcze więcej szczęścia.
I nagle ksiądz mianuje mnie takim szefem. Co czuję? Przede wszystkim dwie rzeczy, które będą oddziaływać na całe trzy lata pracy w ramach wolontariatu w mniejszym lub większym stopniu.
Najpierw jest to magiczna siła zaufania, jaką obdarzył mnie ksiądz. Człowiek w moim przekonaniu o niebo wyżej ode mnie w niewidzialnej hierarchii ludzkiej, obdarza mnie zaufaniem kiedy czyni mnie szefem wolontariatu. Później daje więcej - pozwala mi mieć własne pomysły, realizować je według własnego przekonania. Rzecz nie do pomyślenia dla kogoś takiego, jak ja. Przecież nie miałem żadnego doświadczenia, małą wiedzę w porównaniu z nim, a jednak taki jest jego wybór. Zostaję szefem i to ode mnie ma dużo zależeć.
W tym momencie łatwo zrozumieć moc zaufania we wszystkim, gdzie pojawia się człowiek. Bez niego nie da się nic zbudować, a z nim góry można przenieść. To zaufanie dodało mi odwagi, pozwoliło mi uwierzyć w siebie, pouczyło o wartości, jaką ma samo zaufanie i podpowiedziało, że powinienem czynić podobnie. Dlatego w kontaktach z wychowankami domu dziecka staram się ufać. Co to znaczy? To znaczy mówić o sobie i ufać, że osoba, która tego słucha odbierze to, co słyszy, mądrze. I to działa - dziewczyny z "Paulinki" otwierają się wtedy również. Poza tym znaczy to także powierzać inne ważne dla siebie rzeczy do dyspozycji innych. To buduje wzajemne zaufanie - podstawę do otwarcia się.
A co jeszcze tak bardzo wpłynęło na mój stosunek do tej pracy? "Zostaję szefem i to ode mnie ma dużo zależeć." A zatem to ja jestem odpowiedzialny! Powierzenie mi takiego stanowiska, mi - osobie, która nie spodziewała się tak ważnego zadania, ale także wyróżnienia, bo to w końcu ja, a nie kto inny, jest tym szefem, jest czymś, co bardzo motywuje mnie do działania. Skoro ksiądz powierza mi takie zadanie, to znaczy, że liczy na mnie. Nie mogę go zawieźć. Jednak w motywacji do jakiegokolwiek działania przede wszystkim liczył się fakt, że to ja miałem być szefem, a więc być odpowiedzialnym za sukcesy i porażki danej organizacji, grupy. Podchodziłem do tego z wielką ambicją, często niezdrową, bo doszukiwałem się w tym formy rywalizacji. Z czasem jednak zacząłem rozumieć, że tu nie liczy się to, ile razy pojadą dziewczyny na basen, ale ile włożę w to miłości. I te dwie cechy wyznaczają w ogólnym zarysie jakość moich działań w domu dziecka, które można podzielić na dwie płaszczyzny - bezpośrednie kontakty z kilkunastoma wychowankami oraz organizacja grupy wolontariuszy i różnych form naszej działalności.3 lata to bardzo obszerny okres czasu i nie będę tu szczegółowo opisywał tego, co podczas każdej wizyty robiłem, bo to nie o to chodzi, a poza tym znudziłbyś się drogi Czytelniku. Ważniejsze jest według mnie to, jakimi ja, wychowanki oraz wolontariusze, z którymi miałem przyjemność pracować, byliśmy ludźmi umownego 11 listopada 2002 roku, a jakimi jesteśmy teraz.
Zacznijmy od jednego - jesteśmy innymi ludźmi. Zmieniliśmy się w różnym stopniu, ale każdy z nas zmienia się pod wpływem tego, co przeżywa. Opowiem tu więc o sobie, bo nie mogę i nie potrafię powiedzieć, jak to jest z innymi ludźmi.
Na początek trochę "suchych" faktów.
Przez dwa lata byłem szefem wolontariatu, w trzecim roku zarząd grupą przekazałem Jackowi Pawlakowi, a sam poddałem się jego władzy i byłem tzw. zwykłym wolontariuszem, co jest zdecydowanie łatwiejsze, o czym świetnie wie także sam Jacek i o czym się przekona również jego następca lub następczyni. Bycie szefem wymaga bowiem myślenia o dobru dwu grup ludzi - wolontariuszy oraz wychowanek domu dziecka. Są to różni ludzie i cała sztuka w prowadzeniu wolontariatu polega na tym, żeby wprowadzać w życie takie inicjatywy i pomysły, które dadzą coś dobrego zarówno wychowankom, jak i wolontariuszom. Trudno mi siebie oceniać, ale mam nadzieję, że jakoś to wychodziło... przynajmniej się starałem. To wszystko zajmuje jednak strasznie dużo czasu, jest pracą niezauważalną, mrówczą i trudną, bo trzeba pokonywać bardzo wiele własnych uprzedzeń, lęków, choćby po to, żeby zdobyć sponsorów na sfinansowanie wycieczki domu dziecka. Właściwie to właśnie przez te dwa lata zrozumiałem bardzo wiele rzeczy. M.in. to, że nie efekty pracy się liczą, ale serce w nią włożone. Dziś może to brzmieć nieco nieaktualnie. Ktoś mógłby powiedzieć, że patrząc w ten sposób można by usprawiedliwić wiele błędów ludzkich, np. dziury w polskich drogach. Jest to jednak spowodowane materialnym patrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. Żeby bowiem móc uznać to za prawdę, trzeba znajdować się w stanie wewnętrznej wolności i jedności z Bogiem. Bo tak naprawdę nie ma znaczenia to, czy coś mi się uda zrobić dla Gosi, dla Agnieszki albo dla Dagmary. One same nie będą przywiązywały do tego takiej wagi, jak do tego, jak wiele z siebie dam, żeby im pomóc, jak bardzo będę tego chciał. Właśnie w ten sposób udawało się zawiązywać głębsze więzi z wieloma z dziewczyn.
No właśnie - a co się dla mnie najbardziej liczyło w tych kontaktach osobistych z wychowankami? Jak chciałem pomóc? Powiem przewrotnie - nic się nie liczyło. Dlatego, że nie miałem żadnego doświadczenia zaczynając tę pracę i zupełnie nie wiedziałem, jak mogę pomóc. Z tego powodu zdałem się na łaskę Boga i chyba on mnie poprowadził i pouczył z czasem, co powinienem robić. Ale w zasadzie nie robiłem nic szczególnego - chciałem tylko zaprzyjaźnić się z dziewczynami, czyli być przyjacielem i mieć przyjaciół między nimi. I w ten sposób uleczaliśmy się wzajemnie - rozmawialiśmy, wymienialiśmy poglądy na wiele tematów, dzieliliśmy się wrażeniami ze wspólnie przeżytych wydarzeń, zwierzaliśmy się sobie. Z młodszymi dziewczynkami zabawa byłą najlepszym do tego kluczem. Nie wiem, jak bardzo to wszystko pomogło dziewczynom, ale mnie bardzo otworzyło i dodało wiary.
Poza tym robiłem jeszcze oczywiście dużo konkretnych czynności, jak np. korepetycje z matematyki z Agnieszką Świeczkowską, ale w zasadzie można to też zamknąć w tej szufladce pod tytułem "dążenie do przyjaźni", bo robiłem to dla jej dobra w przyszłości, ale przy okazji przebywaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i zdążyliśmy chyba trochę porozmawiać.
Ponad te wszystkie korzyści, które opisałem jest jeszcze oczywiście niezmierzona wiedza o człowieku zranionym, który potrzebuje miłości. Że tak powiem wiedza psychologiczna - bezcenne doświadczenie, które może się jeszcze przydać w przyszłości.
A ja? Jaki ja jestem teraz? Nie ulega wątpliwości, że bogatszy o skarby, których nie mógłbym sobie uświadomić bez Boga. Dostałem też jakiś papierek jako zaświadczenie o pracy, ale nie on się liczy. Liczy się to, że poznałem bardziej siebie, uświadomiłem sobie wiele swoich dobrych i złych stron. No i bardzo ważne jest też to, że gdy pojawię się w "Paulince", to uśmiech jest przeważającą reakcją na mój widok. Myślę, że bardzo ważna w tym wszystkim, przerażająco ciężka i pełna poświęcenia, jest praca sióstr ze Zgromadzenia Córek Najświętszego Serca Panny Marii. Swoimi postawami wskazywały nam one nie sens pracy, były autorytetami w postępowaniu z dziewczynami, ale nie tylko, bo jako obdarzone wieloma łaskami, pomagały też w patrzeniu na życie w ogóle, w dążeniu do Chrystusa.
Byłem więc wolontariuszem, ale nie przestałem nim być w znaczeniu ogólnym, bo zrozumiałem, ze rezygnowanie z siebie, że utrata z samego siebie jest paradoksalnie ogromnym wzbogaceniem na drodze do Chrystusa.
Za to wszystko dziękuję. Dziękuję wszystkim ludziom, którzy pokornie spełnili wolę Boga, żebym mógł się do niego bardzo zbliżyć poprzez tę pracę. Mam nadzieję, że mnie też czasem udało się wypełnić w domu dziecka tę rolę. Cieszy mnie też to, że nie tracimy kontaktu, że dzięki technice możemy rozmawiać. Kiedy spotkamy się następnym razem, cały czas będzie o czym rozmawiać. Krzysiek Miller
Węgrzce, 13.11.2005r.