-
Niezapomniane Mazury
Tegoroczna wycieczka odbyła się pod koniec lipca w bardzo urokliwe miejsce jakim są Mazury, które słyną głównie z otaczających je wielu jezior, rzek i strumieni.
Zwiedzanie rozpoczęło się od Sanktuarium Maryjnego w Świętej Lipce, gdzie mogliśmy zobaczyć krużganki, dom zakonny ojców jezuitów, jak i wysłuchać bardzo oryginalny pokaz gry na barokowych organach z ruchomymi figurkami, wykonany przez niezwykle utalentowaną siostrę zakonną, która swoją grą zachwyciła wszystkich. W drodze do miejsca zakwaterowania zatrzymaliśmy się w Gierłoży, by tam zobaczyć Wilczy Szaniec – główną siedzibę Hitlera. Podążaliśmy oznakowaną trasą i bacznie przyglądaliśmy się temu co jeszcze pozostało – bunkrom i schronom, w których przebywał niegdyś Hitler. Następnie wyruszyliśmy do miejsca noclegowego – do miejscowości Reszel.
Kolejny dzień zaczął się od spływu łodziami przepiękną rzeką Krutynią. Płynąc rzeką mogliśmy podziwiać ciekawe widoki, piękną roślinność – wodorosty i lilie, które porastały jej dno, jak również wiele gatunków ryb oraz raki świadczące o czystości wody. Następnie pojechaliśmy do Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, by poznać zwierzęta tam mieszkające. Mieliśmy możliwość zobaczenia z bliska między innymi jeleni, dzików, wilków, żurawi, bobrów oraz wielu gatunków ptaków. Dzieci mogły nakarmić niektóre zwierzęta specjalnie przygotowaną dla nich karmą. Dzień zakończył się pobytem i kąpielą nad jeziorem w Mikołajkach. Dla wszystkich była to ogromna przyjemność.
Następnego dnia wybraliśmy się do Biebrzańskiego Parku Narodowego, gdzie czekało na nas wiele atrakcji. Najpierw było ognisko i pieczenie kiełbasek, a następnie przyszła pora na zabawy zarówno grupowe, jak i indywidualne oraz spacer po parku, w którym można było zobaczyć niezwykłe rośliny, torfowiska, tereny bagienne, olbrzymie pająki i dowiedzieć się o nich ciekawych rzeczy. Na koniec zwiedziliśmy muzeum, w którym znajdowały się zwierzęta wyglądające jak żywe, które to zamieszkiwały tamtejsze tereny. Dzień zakończył się przejazdem do Goniądza – naszego nowego miejsca zakwaterowania.
Kolejnym punktem wycieczki było zwiedzanie Twierdzy Osowiec, po której oprowadzał nas sympatyczny pan Mirosław i niezwykle ciekawie opowiadał o niej przytaczając historyczne wydarzenia. Z naszym przewodnikiem nazywanym Dobrym Duchem Twierdzy odbyliśmy miły i interesujący spacer po muzeum i schronach budowli. Następnym etapem był spacer po Augustowie i rozkoszowanie się pysznymi lodami oraz rejs statkiem po Kanale Augustowskim, skąd podziwialiśmy malownicze krajobrazy.
Wigierski Park Narodowy to następna atrakcja naszej wycieczki. Jest to jeden z największych parków narodowych w Polsce. Liczy wiele gatunków roślin. Występują w nim wilki, łosie, jelenie, sarny, dziki, borsuki, lisy i wiele innych zwierząt. Na terenie parku znajdują się różne zabytki archeologiczne. Spacer po Wigierskim Parku Narodowym był bardzo przyjemny.
Ostatniego dnia pogoda niestety nie dopisała i musieliśmy zmienić plany. Wstąpiliśmy po drodze do kina w Warszawie na bajkę pt. „Epoka lodowcowa 3”. Spędziliśmy tam miło czas, a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
Dotarliśmy późno zmęczeni, ale zarazem bardzo zadowoleni. Wycieczka była udana. Mamy wiele przyjemnych wspomnień, a to głównie dzięki naszemu przewodnikowi - Panu Jarosławowi Horowskiemu, który zaplanował nasz pobyt i bez zarzutu go zrealizował. Dziękujemy bardzo za wspólne spędzenie z nami czasu. Podziękowania należą się również s. Halinie, dzięki której ta wycieczka odbyła się. Dziękujemy także dzieciom z Klubu Zapiecek za urozmaicanie nam czasu śpiewem podczas podróży i spędzanie wspólnych chwil. (c. Magda) -
Trudne i piękne doświadczenie
W te wakacje wraz z młodszą siostrą pojechałyśmy do Gdyni na wczaso-rekolekcje z "Integracyjną Grupą Caritas" pomagać ludziom niepełnosprawnym. Ludziom potrzebującym naszej pomocy i oczekującym na odrobinę życzliwości i tolerancji. Spędziliśmy z nimi 11 dni. Nie było nam łatwo. Szczególnie początki były bardzo trudne: kiedy każdy się poznawał, kiedy próbowałyśmy wzbudzić zaufanie i zapewnić poczucie bezpieczeństwa swojej podopiecznej. Wspólnie z Anią dostałyśmy pod opiekę 24-letnią niepełnosprawną Anię na wózku inwalidzkim. Trzeba było pomagać jej praktycznie we wszystkim, chociaż ona wiele rzeczy próbowała robić sama. Każdy dzień był do siebie podobny, ale z każdym dniem było łatwiej. Każdego ranka budziłyśmy ją, pomagałyśmy przy toalecie porannej, czesaniu. Pomagałyśmy jej jeść, szykowałyśmy odpowiednią porcję. Spędzałyśmy z nią cały dzień. Kiedy nasza podopieczna już spała mogłyśmy odetchnąć z ulgą, że kolejny dzień minął szczęśliwie. Dopiero późnym wieczorem miałyśmy czas dla siebie. Oprócz zajmowania się osobami niepełnosprawnymi każdego dnia czekało na nas wiele innych obowiązków. Pomagałyśmy w kuchni w przygotowaniu śniadania i kolacji, zmywaniu naczyń oraz przy dyżurze porządkowym.
Były chwile bardzo ciężkie, kiedy bałam się, że nie dam sobie rady. Najtrudniej było kąpać osobę niepełnosprawną na wózku pod prysznicem. Trzeba było bardzo uważać, żeby się nie przewrócić i nie upaść z nią. Przenosiłyśmy ją z wózka na krzesełko i tam wykonywałyśmy resztę czynności. Mimo ciężkiej pracy mieliśmy czas i okazję do wspólnego zwiedzenia rożnych ciekawych miejsc, czekały tam na nas ciekawe atrakcje. Byliśmy na koncercie zespołu "Perfect", w akwarium Gdyńskim oraz zwiedzaliśmy Gdańsk.
Chwilami nie było łatwo, było tak, że nie miało się siły, były też takie myśli, że jest za ciężko, że nie dam rady. Ale starałyśmy się o tym nie myśleć i próbować dalej. Odpowiedzialność za drugą osobę jest bardzo trudna, ale z wiarą, że może ci się udać, że jutro będzie dobrze, a przede wszystkim chęć niesienia pomocy innym sprawia, że jest ona łatwiejsza. "CARITAS" to miłość. A jeśli miłość to i chęć niesienia pomocy drugiej osobie, osobie która tego potrzebuje. Bez reszty poświęcenia się jej. Grupa nasza jest jak taka "duża rodzina". Tam na każdym można polegać, można liczyć na szczerą rozmowę i pomoc. Niepełnosprawni widząc, że jesteśmy gotowi im pomagać, nie odrzucamy ich, nie wyśmiewamy, traktujemy tak samo jak innych, na równi, szybko przywiązują się do nas i nam ufają. Jeśli ktoś się bardzo przywiąże do osoby niepełnosprawnej a ona jej zaufa jest nawet gotowa opowiedzieć, podzielić się z nią historią swojego życia.
Na takim wyjeździe z niepełnosprawnymi byłyśmy drugi raz, ale zapewniamy, że ten wyjazd nie był naszym ostatnim wyjazdem. Będziemy jeździć na kolejne, by nieść pomoc odrzuconym i niepełnosprawnym osobom, które tego potrzebują. (Agnieszka Świeczkowska) -
Nic nie dzieje się bez przyczyny
W sierpniu 2006 roku odbywałam w Domu Dziecka „Paulinka” praktyki. Podczas ich trwania Siostra Dyrektor wspominała o wolnym etacie wychowawcy. Ja jednak nie myślałam o tym jako o propozycji dla mnie – byłam na studiach dziennych i nigdy tak naprawdę nie chciałam pracować z dziećmi a poza tym były chyba dwie kandydatki na to miejsce. Tak, więc nie myśląc o tym przychodziłam do dzieci z każdym dniem nieświadomie przywiązując się do nich co raz bardziej.
Któregoś dnia w jadalni Siostra po raz kolejny spytała mnie czy studiuje dziennie, czy zaocznie. Ja niewiele myśląc powiedziałam że dziennie, ale mogę być na zaocznych a czemu Siostra pyta? Okazało się ze Siostra rzeczywiście miała zamiar zatrudnić wychowawcę. Ale ja? nie to raczej nie jest możliwe-pomyślałam wtedy. Jednak, kiedy pojechałam do domu cały czas myślałam co by było gdyby…
Moje praktyki zbliżały się ku końcowi. Pozostało mi tylko pożegnać się ze wszystkimi mieszkankami i poprosić Siostrę Dyrektor o opinię o przebiegu moich praktyk. Tak też się stało – zostawiłam Siostrze dzienniczek do podpisu i umówiłam się że odbiorę go pod koniec tygodnia.
Jak wielkie było moje zdziwienie gdy przyjechałam po odbiór dzienniczka a Siostra ponowiła swoją propozycję. Jedna z kandydatek chętnych na to miejsce wyjechała do Irlandii a druga miała przyjść tego samego dnia. Tak więc Siostra obiecała, że zadzwoni do mnie nawet jeśli tamta kandydatka zostanie zatrudniona. Kiedy tego dnia wyszłam za mury Domu Dziecka miałam przysłowiowy mętlik w głowie. Była tylko jedna osoba, która wiedziała o propozycji złożonej mi przez Siostrę. Początkowo nie mówiłam nikomu żeby nie zapeszyć, ale potrzebowałam rady. Radę dostałam jedną – nie ma się nad czym zastanawiać. Dodatkowo nigdy nie zapomnę słów Siostry, która powiedziała mi, że nie znalazłam się tu przez przypadek i że nic nie dzieje się bez przyczyny. Właściwie mogę powiedzieć, że dopiero po usłyszeniu tych słów naprawdę zapragnęłam zostać w tym Domu i służyć tym dzieciom – bo uważam że wychowywanie jest swoistą służbą. Nie zapomniałam jednak o mającej przyjść kandydatce.
Słowami bardzo trudno mi będzie wyrazić to, co poczułam, kiedy wieczorem tego samego dnia przeczytałam sms-a od Siostry Dyrektor o następującej treści: "Etat wychowawcy w Domu Dziecka wolny przemyśl to i skontaktuj się". Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, ręce mi się trzęsły i przyznam się szczerze, że się popłakałam – były to łzy radości a jednocześnie niepewności. Nocy oczywiście nie przespałam cały czas myślałam. Wiedziałam już wtedy, że decyzja może być tylko jedna, jednak wiedziałam jak wiele zmieni ona w moim życiu i tego się obawiałam. Do tej pory miałam proste poukładanie życie – ta decyzja zmieniła wszystko – jednak nie żałuję, że ją podjęłam.
Dziś dziękuje Bogu za każdy dzień pracy z dziećmi w tym Domu. (Ewa Paluszewska) -
Uroki Kotliny Kłodzkiej
W dniach 26-31.07.2008 r. odbyła się wycieczka w góry. Pierwszym punktem zwiedzania był Stary Rynek we Wrocławiu oraz Panorama Racławicka, gdzie podziwialiśmy wielkie malowidło przenoszące wszystkich w inną rzeczywistość. Ukazywało ono bowiem bitwę stoczoną 4 kwietnia 1794 r. pod Racławicami, gdzie na czele wojska polskiego stał gen. Tadeusz Kościuszko. Z Wrocławia udaliśmy się do Lewina Kłodzkiego, w którym mieścił się pensjonat „Maria” – nasze stałe miejsce podróżowania.
Następnego dnia wybraliśmy się do Bazyliki Wambierzyckiej Królowej Rodzin, gdzie uczestniczyliśmy we Mszy św., zwiedziliśmy też Kalwarię z 74 kaplicami oraz Ruchome Szopki stworzone przez Longinusa Wittiga, które wzbudziły duże zainteresowanie wśród osób zwiedzających. Z tego niezwykle interesującego miejsca udaliśmy się do Polanicy Zdroju, gdzie rozkoszowaliśmy się wodą mineralną w Pijalni Wód. Następnie poszliśmy na tor saneczkowy, skąd każdy mógł przejechać się specjalnymi saneczkami i jednocześnie podziwiać piękne krajobrazy roztaczające się wokoło. Po przejażdżce wybraliśmy się na spacer po Polanicy Zdroju. Dzień zakończył się nocną wyprawą do miejscowości Duszniki Zdrój, skąd mieliśmy okazję podziwiać fontannę mieniącą się różnymi barwami. Po dniu pełnym wrażeń wróciliśmy na nocleg do Lewina Kłodzkiego.
Kolejny dzień rozpoczął się od wejścia po schodach (było ich aż 700) na szczyt Gór Stołowych i dojścia do Szczelińca Wielkiego, ze szczytu którego można było podziwiać piękne widoki. Następnym bardzo ciekawym miejscem, które zwiedzaliśmy były Błędne Skały, a jakiś czas później spacer po Kudowie Zdroju. Tak zakończył się trzeci dzień wycieczki.
Następny dzień już od samego rana zapowiadał się niezwykle interesująco. Najpierw pojechaliśmy do Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju, gdzie oglądaliśmy różne portrety i zdjęcia oraz urządzenia, których używano do produkcji papieru. Pozwolono nam własnoręcznie wykonać kartkę papieru, co było dla wszystkich wielką zabawą. Następnie udaliśmy się do Kłodzka, aby zwiedzić tamtejszą Twierdzę. Dreszczyku emocji dodał wszystkim spacer podziemnymi labiryntami, gdzie panował chłód, wilgoć i ciemność. Po wyjściu z Twierdzy poszliśmy szlakiem prowadzącym na górę, aby stamtąd rozkoszować się urokiem Kłodzka. Po powrocie do Lewina Kłodzkiego zorganizowaliśmy ognisko, nad którym pieczone były kiełbaski.
Dzień piąty rozpoczął się od zwiedzania Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Można tam było zaobserwować skały przybierające różne ciekawe kształty oraz szczątki zwierząt wcześniej zamieszkujących tę jaskinię. Po obejrzeniu jaskini część grupy wybrała się szlakiem prowadzącym na „Śnieżnik”, a pozostałe osoby poszły zwiedzać Ogród Bajek w Międzygórzu, gdzie mogły spotkać swoje ulubione postaci bajkowe jak np. Smurfy, Shrek, Muminki, Kubuś Puchatek i wiele innych. Po dniu pełnym wrażeń wróciliśmy do pensjonatu w Lewinie Kłodzkim.
Ostatniego dnia wycieczki zaplanowane było wejście do Aqua Parku we Wrocławiu. Wszyscy nie mogli doczekać się atrakcji jakie na nich czekały. Dla najmłodszych frajdą były zjeżdżalnie oraz brodzik, natomiast dla młodzieży największą zabawą była kąpiel w basenie ze sztucznymi falami, jacuzzi, zjeżdżalnie oraz basen na otwartej przestrzeni. Cztery godziny spędzone w Aqua Parku minęły niepostrzeżenie. Wszystkim bardzo podobało się kąpielisko. Z Wrocławia ruszyliśmy do naszego rodzinnego miasta Włocławka, do którego szczęśliwie dojechaliśmy.
Te niezwykłe miejsca, które odwiedziliśmy z pewnością na długo zapadną w naszej pamięci. W imieniu swoim i wszystkich osób, które uczestniczyły w wycieczce pragnę podziękować Panu Jarkowi Horowskiemu za to, że poświęcił nam swój czas, był naszym Przewodnikiem i to dzięki Niemu zobaczyłyśmy wiele interesujących i urokliwych miejsc. Dziękujemy bardzo za Pana bezinteresowność i wielkie serce nam okazane. Z uśmiechem na twarzy będziemy wracać do wspomnień, które nam pozostały. (c. Magda Ł.) -
„Marzenie”
Wycieczka do Krakowa rozpoczęła się dla nas bardzo wcześnie, bo już o 5.30 rano ruszyłyśmy spod naszego Domu. Po drodze dołączyły do naszego autokaru dzieci i wychowawcy z Domu Dziecka Caritas i pojechaliśmy na plac przy Hali Mistrzów - miejsce zbiórki wszystkich uczestników wycieczki. Od organizatorów otrzymaliśmy chusty z nadrukiem "Włocławek" oraz identyfikatory. Wkrótce potem trzy autokary pełne uśmiechniętych dzieci z włocławskich Domów Dziecka opuściły nasze miasto. Podróż mijała szybko.
Przed 11.00 dotarliśmy do Częstochowy, by pokłonić się Jasnogórskiej Pani i wziąć udział we Mszy św. Razem ze wszystkimi pielgrzymami, którzy przybyli na tę Mszę modliliśmy się w intencji włocławskich domów dziecka. Umocnieni Eucharystią ruszyliśmy w dalszą drogę. Po południu zobaczyliśmy cel naszej podróży- Kraków. Zakwaterowaliśmy się w schronisku młodzieżowym i już o 17.00 czekała na nas pierwsza atrakcja - wizyta w parku wodnym pełnym urozmaiceń takich jak bajkowa kraina dla dzieci, dziesięć zjeżdżalni, jacuzzi, tęczowa ścieżka, rwąca rzeka, ściana wspinaczkowa, hydromasaże. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Byliśmy zachwyceni i niemal dwie godziny zabawy w wodzie minęły jak chwila. Następnego dnia po śniadaniu czekało na nas spotkanie ze smokiem wawelskim, który co jakiś czas zionął ogniem. Poprowadzeni przez panią przewodnik, która opowiadała nam krakowskie legendy, podziwialiśmy piękno miasta. O godz. 12.00 usłyszeliśmy hejnał z Wieży Mariackiej - jedynej na świecie wieży, z której od przeszło sześciuset lat przez całą dobę co godzina trębacz gra hejnał na cztery strony świata.
Na popołudnie organizatorzy zaplanowali wyprawę do kopalni soli w Wieliczce. Z tego punktu programu skorzystały osoby, które nie były wcześniej w Wieliczce (sześć dziewczynek i dwie ciocie). Do kopalni zeszliśmy schodami, które zdawały się nie mieć końca. Spacerując kopalnianymi chodnikami niektórzy często sprawdzali, czy ściany rzeczywiście są słone. Pani, która nas oprowadzała opowiedziała nam o historii kopalni oraz o ciężkiej pracy górników i zwierząt przy wydobyciu soli. Wspaniałe kaplice, podziemne jeziora, oryginalne urządzenia oglądane 125 metrów pod ziemią zrobiły na nas ogromne wrażenie. Około dwugodzinny spacer wcale nie był nudny ani męczący. Na pożegnanie pani przewodnik podarowała każdemu bryłkę soli i później czekał nas już tylko powrót na powierzchnię ziemi. On także był sporym przeżyciem, bo jechaliśmy prawdziwym szybem górniczym. Ciocie i wychowanki, które już wcześniej odwiedziły Wieliczkę także się nie nudziły: bajka "Horton słyszy Ktosia" w sali kinowej jakby zarezerwowanej dla "Paulinki" i pyszne lody pozwoliły miło i przyjemnie spędzić popołudnie. Wtorek był ostatnim dniem naszej wycieczki i już od rana zaczęliśmy go intensywnie. Po śniadaniu udaliśmy się ze wszystkimi do niezwykłego kina - kina trójwymiarowego na film "Życie w oceanie". Przy wejściu do sali rozdano nam specjalne okulary, w których bardzo śmiesznie wyglądaliśmy, a dzięki którym widz może odbierać obraz trójwymiarowo i ma wrażenie jakby był uczestnikiem oglądanych wydarzeń. Było to bardzo ciekawe przeżycie, wiele dzieci próbowało pogłaskać sympatycznego delfina i złapać jedną z przepływających obok rybek. Prawdziwy strach wzbudził natomiast wąż morski, który zdaniem niektórych naprawdę chciał ich ugryźć. Ponadto projekcja odbyła się na gigantycznym ekranie (ponad 6 pięter wysokości), dzięki czemu wiele zwierząt mogliśmy zobaczyć w ich naturalnym rozmiarze.
Po emocjach w kinie czekały na nas kolejne przyjemności w Fantasy Parku. Starsze dzieci mogły spędzić czas w kręgielni, a młodsze w tzw. "Małpim gaju", gdzie zjeżdżalnie, tunele, ruchome mosty zapewniły szaloną zabawę. Uśmiechnięci wróciliśmy do schroniska i powoli trzeba było myśleć o powrocie do Włocławka. Po obiedzie wszyscy uczestnicy wycieczki spotkali się przy recepcji w schronisku, by w wesołej atmosferze złożyć podziękowania naszym sponsorom - Firmie EURO GAME oraz organizatorom - Stowarzyszeniu "Daj Szansę", a szczególnie Pani Dorocie Borzęda-Wilczura za jej wielkie serce oraz ogromne zaangażowanie i zabieganie, aby wszystkie dzieci mogły być z tej wspaniałej wycieczki zadowolone. Ostatnim punktem programu naszej wycieczki była wizyta w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie przez obrazem Jezusa Miłosiernego pomodliliśmy się o szczęśliwą drogę. Do Włocławka dotarliśmy we wtorek wieczorem - zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Serdecznie dziękujemy Sponsorom i Organizatorom za wspaniały wyjazd! -
Usamodzielniły się, ale są wśród nas
Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.(Koh 3,1)
Od 1 października 2007 roku nie ma już w „Paulince” dziewcząt z „mojej” pierwszej w tej placówce grupy. Każda z nich żyje na własny rachunek, usamodzielniły się. Chciałoby się powiedzieć, że teraz zostały po nich tylko wspomnienia. Nasze (one zawsze będą nasze) dorosłe już dziewczęta wspominam bardzo często. Nie myślałam kiedyś, że będzie mi ich tutaj brakowało, że będą chwile, w których zatęsknię za nimi. A jednak tak jest.
Dlaczego? Różnie układało się między nami, ale doświadczałam też od nich wiele dobra. To otrzymane od nich dobro pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Kiedy je o coś poprosiłam, nigdy nie odmówiły. Odmawiały często wykonania polecenia, ale prośby: nie! Z największym sentymentem wracam do listopada 2005 r. To był czas, kiedy w „Paulince” pracowały tylko siostry wychowawczynie i praktycznie opiekowały się dziećmi 24 godziny na dobę. Trafiły wtedy do nas siostry: Kamila (8 lat), Marta (6 lat) oraz dwu i pół letnia Dominika. Byłam już dyrektorem, miałam wiele obowiązków, ale musiałam pod swoją bezpośrednią opiekę przyjąć te właśnie dziewczynki. Obawiałam się, czy podołam wszystkiemu. Przyszły wtedy do mnie starsze dziewczęta (nie byłam już ich wychowawcą) i powiedziały: „Niech się ciocia nie martwi, pomożemy cioci”. I tak było. Przez wiele tygodni to właśnie one: Dagmara i Asia przygotowywały dziewczęta do snu. Kiedy zachodziła taka konieczność, zabawiały Dominikę w ciągu dnia. Jak wszystkie siostry zakonne zbieramy się rano na wspólne modlitwy. Dominika wstawała bardzo wcześnie, musiałam się więc nią zajmować, nie mogłam pójść do kaplicy. I tu z pomocą przyszła mi Emilka. Dostawiła swój tapczan do tapczanu Dominiki. Kiedy nasza najmłodsza pociecha obudziła się, Emilka zajmowała się nią, a ja mogłam spokojnie pójść modlić się razem z siostrami. Przebaczanie w naszym domu jest „chlebem powszednim”. Przebaczamy my, wychowawcy, dziewczętom, ale zdarza się, że czasami dziewczęta muszą przebaczyć nam, dorosłym. Były wakacje, czwartek, a my zamiatamy podwórko w sobotę. Pokłóciłam się z „moimi” dziewczynami, chociaż jak się później okazało niesłusznie. W tym dniu miał przyjechać do nas gość z zagranicy. Wróciłam po chwili do pokoju dziewcząt i ze skruszoną miną powiedziałam: „Jadę zaraz po dobrodziejkę naszego domu dziecka”. Z lekkim uśmiechem popatrzyłam na każdą z nich i wtedy usłyszałam słowa: „Trzeba zamieść podwórko? Dobra, może ciocia spokojnie jechać, zamieciemy”. Kiedy przyjechałam z naszym gościem, podwórko wyglądało, jakby przed chwilą przejechał po nim odkurzacz.
Odeszły nasze dziewczyny, są z nami w stałym kontakcie: odwiedzają nas, dzwonią, przysyłają sms-y, dzielą się swoimi radościami i smutkami, to cieszy nas najbardziej. Każdej naszej wychowance można by poświęcić jeden rozdział długiej i na pewno ciekawej książki. Książki nie napiszę, ale postanowiłam pisać na naszej stronie właśnie o wychowankach „Paulinki”, o tych, które odeszły i o tych, które są wśród nas obecnie. Jeśli chcecie poznać krótkie opowieści o naszych wychowankach, zapraszamy na stronę „Paulinki”.s. Halina -
Wspomnienia z wycieczki
W połowie lipca pojechałyśmy na wycieczkę w góry. Pierwszym punktem naszej wyprawy było zwiedzanie pięknych komnat Zamku Wawelskiego w Krakowie oraz niezmiernie głębokiej i strasznej Smoczej Jamy. Na pierwsze trzy noce zatrzymałyśmy się w Białym Dunajcu, w pięknym góralskim domu, gdzie miałyśmy okazję skosztować prawdziwej góralskiej kuchni, dającej siłę do przemierzania górskich szlaków. Już następnego dnia mniejsze dziewczynki wyruszyły na malowniczy szlak prowadzący do Wielkiej Siklawy – niezmiernie pięknego wodospadu. Natomiast starsze dziewczęta na Halę Gąsienicową – szlak długi i trudny. Jednak widoki jakie tam ujrzały warte były podjęcia wyzwania i poniesienia trudów wyprawy. Zwiedziłyśmy również piękny Kościół na Krzeptówkach, gdzie urzekło nas piękno góralskiego kunsztu rzeźbiarskiego. Po tych trudnych zmaganiach na górskich szlakach wybrałyśmy się na spacer po Krupówkach – głównej ulicy Zakopanego kuszącej różnego rodzaju atrakcjami oraz ciekawymi pamiątkami.
Kolejny dzień zaczęłyśmy od przekroczenia granicy ze Słowacją. U naszych sąsiadów zwiedzałyśmy piękną Jaskinie Bielską, w której temperatura wynosiła jedynie 7 stopni. Dziewczęta dzielnie znosiły zimno i trud wchodzenia po schodach 150 metrowej jaskini przez 70 minut. Zachwyciło nas również piękno słowackiego jeziora mieszczącego się u podnóża Tatr. Dzień ten był dniem obfitych wrażeń, gdyż później pojechałyśmy do rodzinnego domu s. Beaty w Ponicach k. Rabki. Gościnność rodziny s .Beatki była ogromna. Zostałyśmy poczęstowane różnego rodzaju pysznymi potrawami i specjałami góralskimi m.in. oscypkami i wędzoną kiełbasą oraz owocami i ciastami, a na koniec piekłyśmy kiełbaski przy ognisku. Dla dziewczynek największym przeżyciem było to, że mogły pogłaskać krowę i zrywać dla niej trawę. Ogromna radość przepełniała każdą z nich, kiedy biegały po łące, zbierały polne kwiaty, plotły wianki oraz jadły porzeczki i agrest prosto z krzaczka. Brat s. Beatki pozwolił nam również pogłaskać pięknego królika. Poznałyśmy tam piękno górskiej przyrody i wspaniałych ludzi. Jesteśmy niezmiernie wdzięczne s. Beatce i jej rodzinie za zaproszenie.
Niedziela również była dniem pełnym wrażeń, a zaczęła się od spływu przełomem Dunajca. Z tratw na których płynęłyśmy mogłyśmy podziwiać piękno gór zarówno ze strony polskiej jaki i słowackiej. Flisacy opowiadali nam ciekawe historie i pokazywali najciekawsze skalne szczyty. Dziewczynki mogły spróbować swoich sił w prowadzeniu tratwy odpychając się wielkim kijem od dna rzeki. Cały spływ trwał 2,5 godziny, w ciągu których przepłynęłyśmy 18 kilometrów z Krościenka do Szczawnicy. Było to niesamowite przeżycie. W drodze powrotnej odwiedziłyśmy ruiny zamku w Czorsztynie. Ponieważ była to niedziela wybrałyśmy się również do Łagiewnik, a na Mszy Świętej uczestniczyłyśmy w znajdującym się w pobliżu Sanktuarium św. Faustyny Kowalskiej. Na naszej wycieczce nie było dnia, który nie przynosił by nam radości oraz ciekawych wrażeń. W poniedziałek ponownie zawitałyśmy na Wawel jednak tym razem zwiedzałyśmy Katedrę oraz Dzwon Zygmunta. Wiele z nas dotykało serca dzwonu wypowiadając w myślach życzenie w nadziei na jego spełnienie. Ponieważ dzień był upalny s. Halinka zaprosiła nas na pyszne lody, a następnie wyruszyłyśmy zwiedzać centrum Krakowa. Usłyszałyśmy hejnał z wieży Kościoła Mariackiego i zwiedziłyśmy jego wnętrze oraz podziwiałyśmy pamiątki w sukiennicach. Mnóstwo niezapomnianych wrażeń dostarczyła nam wizyta w krakowskim ZOO. Zaskoczyła nas różnorodność gatunków zwierząt jakie mogłyśmy tam zobaczyć, jednak najsympatyczniejsi byli mieszkańcy mini ZOO (konie, osiołek, lamy, króliczki i żółwie). Najwspanialsze było to, że można je było dotykać, przytulać i karmić. Na zakończenie upalnego dnia pojechałyśmy do parku wodnego. Atrakcje jakie zapewniał ten obiekt sprawiały nam radość nie do opisania.
Zbliżamy się ku końcowi naszej wyprawy. Ostatniego dnia zawitałyśmy do kopalni soli w Wieliczce, po której oprowadzał nas prawdziwy górnik. Opowiadał nam o tym jak wyglądało wydobywanie soli przed laty oraz jakimi urządzeniami się wtedy posługiwano. Najpiękniejsza była kaplica św. Kingi oraz rzeźby z soli. Każda z dziewczynek jako pamiątkę dostała beczułkę prawdziwej soli.
Z wycieczki pozostały piękne wspomnienia krajobrazów, niezapomnianych przygód, ciekawych wrażeń, ogromu atrakcji oraz wspaniałych ludzi, których poznałyśmy. Serdeczne podziękowania składamy rodzinie s. Beatki za gościnę i wyrozumiałość dla niezaspokojonych ciekawością dziewcząt. Dziękujemy także Panu Jarosławowi Horowskiemu, który służył nam swoim doświadczeniem jako przewodnik. Odpowiedzialność za całą wycieczkę wzięła na swoje barki s. Halina i w związku z tym jej również składamy gorące podziękowania. (Ewa Paluszewska) -
"Chciałam być lekarzem..."
Będąc małym dzieckiem zawsze marzyłam o tym, by zostać lekarzem, móc pomagać ludziom w chorobach i ciężkich dla nich chwilach. Jednakże los okazał się dla mnie złośliwy i nie pozwolił mi na zrealizowanie moich marzeń. Na drodze stanęła mi chemia, która stała się na dobre „piętą Achillesa”. Po długich namysłach i poszukiwaniach w przeróżnych źródłach, moje zainteresowanie i uwagę przyciągnęła pedagogika. Ale i tu pojawił się kolejny problem, z tym, że ze strony rodziny, a mianowicie odciągnięcie mnie od podjęcia studiów w tymże kierunku - „absolutnie nie znajdziesz po tym pracy”. Zwyciężyła we mnie wtedy siła tego, iż zawsze chciałam pomagać ludziom tak dorosłym jak i dzieciom.
Dziś bez wahania mogę powiedzieć, że Pan Bóg spełnił moje dziecinne marzenia. Właśnie w „Paulince” mogę spełniać się zawodowo poprzez praktykę, a nie bezustanną teorię. Zobaczyć jak naprawdę funkcjonuje taka instytucja. Po raz pierwszy, gdy przyjechałam do „Paulinki”, przeżyłam ogromne zaskoczenie. Spotkałam tu przeróżne dzieci wywodzące się z różnych środowisk. Ku mojemu zdumieniu z nie dowierzaniem obserwowałam, jak szybko owe dzieciaki potrafią zaakceptować nowych ludzi i natychmiast się przywiązać. Jednak nie sposób było nie zauważyć, że każde z nich potrzebuje ogromu ciepła, miłości i bezpieczeństwa, bo gdzieś w głębi ich dusz zagnieździł się lęk i obawa przed tym, iż zostaną ponownie skrzywdzone albo po raz kolejny odtrącone.
Siostry Sercanki, które czuwają od świtu do nocy nad ich bezpieczeństwem, które wciąż wpajają im zasady moralności i przestrzegania ich w życiu codziennym są wspaniałymi i pełnymi miłości, dobroci, entuzjazmu osobami.
Teraz wiem, że podjęta przeze mnie decyzja była dobrze przemyślana, a najbardziej utwierdziły mnie w tym dzieciaki z „Paulinki”. (Aneta)
”Dziecko małe, lekkie, mniej go jest. Musimy pochylić, zniżyć ku niemu”. (J. Korczak) -
Nie zapomniany weekend w „Paulince”
Nazywam się Maja Kobalia i pochodzę z Gruzji z Tbilisi (stolica). Obecnie dzięki Ambasadzie Polskiej w Gruzji jestem na rocznym stażu językowym w Łodzi, w ramach programu wymiany studentów. Mieszkam w XIV domu studenckim, gdzie poznałam wspaniałą dziewczynę, która jest byłą wychowanką Integracyjnego Domu Dziecka „Paulinka”. Dzięki, której fajnie spędziłam weekend w takim pięknym miejscu z cudownymi dziećmi. Ich po prostu nie da się nie kochać! Od pierwszej minuty mojego pobytu w tym domu poczułam ciepłą atmosferę i piękny zapach z kuchni :):):) Co najciekawsze ani minuty nie czułam się obca w tym domu. Wręcz przeciwnie miałam wrażenie, że całe życie znam mieszkańców „Paulinki”. Jest to miejsce gdzie uczą jak kochać innych i czerpać z tego radość, w którym słychać dziecięce śmiechy.
Każda z dziewczyn tam mieszkających ma swoją historię i marzenia.
Propos marzeń...czytałam prace konkursowe dziewczyn i chciałabym powiedzieć, że warto mieć marzenia i nadzieje, że one się kiedyś spełnią (chociaż w życiu nie zawsze wszystko jest tak jak chcemy). Nigdy nie wiadomo co przyniesie nam życie, a życie pisze lepsze scenariusze niż autorzy bajek…
Przecież miłość też przynosi zarówno miłość jak i łzy - i tak warto kochać!!!
Więc życzę Wam moje wspaniałe dziewczyny spełnienia wszystkich marzeń.
Wieczorami rozmawiałam z dziewczynami, które zasypały mnie sprytnymi i niesamowitymi pytaniami takimi jak: „czy mamy w Gruzji okna? Co mnie przywiało do Polski?”. Dziewczyny pytały również o Gruzję, Gruzinów, „ciuchy”, posiłki, religie, budynki, a nawet o moje okulary :)))
Ten ekscytujący weekend spędzony w „Paulince” dał mi szanse lepiej poznać te wspaniałe dzieci, a także przeżyć z nimi chwile radości i zabawy. Mogłam poznać ludzi, którzy są zawsze chętni do pomocy, mam tu na myśli wszystkie Siostry zajmujące się dziewczynkami.
Nigdy ich nie zapomnę i chociaż ta sama chwila nigdy się już nie powtórzy chciałabym się jeszcze z nimi spotkać wiele razy, bo takie chwile trzeba pielęgnować.
I tak jak wiara wydłuża życie mam nadzieje, że jeszcze się z nimi spotkam! A w obecnej chwili przytulam Was mocno, mocno, bo jak wiadomo przytulanie się jest zdrowe :)))
Życzę Wam dużo szczęścia i radości!!!!!!!!!!
I chciałabym jeszcze raz bardzo serdecznie podziękować Gosi i Siostrze Halince za możliwość spędzenia razem z nimi wspaniale czasu podczas mojej wizyty.
Ściskam wszystkich cieplutko i przesyłam ocean buziaków!:)))))
POWODZENIA!!!! -
...nie jestem tu po raz ostatni!!!
Spędziłam w "Paulince" 10 dni. Żadnego z nich nie mogę nazwać straconym. Poznałam tu "prawdziwą szkołę życia". Z każdym dniem uczyłam się czegoś innego, nowego...Mimo tak krótkiego czasu bardzo zżyłam się ze wszystkimi dziewczynami. To one pokazały mi co naprawdę oznaczają słowa: miłość, cierpliwość, tęsknota, zrozumienie...
Bywały chwile smutku i złości, ale zaraz pojawiały się te, które zapamiętałam najchętniej - radości oraz miłości. W czasie mojego pobytu otuchą i dobrym słowem wspierała mnie Kamila - wolontariuszka, z którą tu przyjechałam. To ona pomogła mi przetrwać ciężkie chwile. Wielka dobroć i wyrozumiałość Sióstr Sercanek sprawiły, że Dom Dziecka "Paulinka" utkwi w mojej pamięci jako miejsce ukojenia cierpienia poprzez wielką miłość. Jestem pełna podziwu dla Siostry Halinki (dyrektorki placówki), która mimo nadmiaru obowiązków potrafi znaleźć czas na "ogarnięcie" opieką całego domu. Jestem bardzo szczęśliwa, że się tutaj znalazłam. Uważam, że to nie był przypadek. W sercu tkwię w przekonaniu, iż nie jestem tu po raz ostani!!! (Ania z Terespola) -
"To nie przypadek..."
Od dawna marzyłam, aby zostać wolontariuszką, jednak zawsze wydawało mi się to niemożliwe, bo myślałam, że jestem za młoda, a przede wszystkim nie posiadam odpowiedniego doświadczenia. Moje marzenie, które wydawało się tak odległe, odłożyłam na bok. Pewnego razu kiedy rekolekcje, w których uczestniczyłam dobiegały końca czułam pewnego rodzaju "niedosyt". Nie wystarczało mi czytanie Pisma Świętego, modlitwy, śpiewy w określonej grupie. Wewnątrz mnie była chęć wyjścia naprzeciw ludzi potrzebujących. Podczas śniadania w domu rekolekcyjnym zwierzyłam się siostrze przełożonej z moich odczuć. Siostra Zosia uśmiechnęła się i ku mojemu zdziwieniu powiedziała, że zobaczy co da się zrobić. Już następnego dnia moje marzenie wydawało się bliższe spełnienia. Wiedziałam, że miejscem, w którym będę mogła pomagać jest dom dziecka prowadzony przez Siostry Sercanki we Włocławku, a wychowankami są dziewczynki w różnym wieku. Kiedy już znałam termin wyjazdu, zaczęły się wątpliwości czy na pewno sobie poradzę? czy to mnie nie przerośnie? i czy zostanę zaakceptowana przez dziewczynki? Kompletnie nie wiedziałam jak to będzie. Marzenie się spełniło! Do Włocławka po raz pierwszy przyjechałam z koleżanką Asią 17 lipca 2005 r. Gdy przekroczyłam próg zostałam bardzo serdecznie przywitana, po czym zapoznałam się ze wszystkimi. W "Paulince" spędziłam dwa tygodnie, opiekując się najmłodszą grupą. Mimo tak krótkiego czasu bardzo zżyłam się ze wszystkimi. W pamięci bardziej utkwiły mimo wszystko te miłe chwile. Nauczyłam się tutaj cierpliwości i otwierania się na potrzeby innych. Choć czasem było ciężko, to bardzo trudno było mi się rozstać z dziewczętami. Po powrocie do domu ciągle powracały do mnie wspomnienia. Jestem przekonana, że w życiu nie ma przypadków i tego, że dziś po raz kolejny jestem w "Paulince" w żaden sposób nie można nazwać przypadkiem. Mimo problemów finansowych i dalekiej drogi znowu Bóg pozwolił mi tu zawitać razem z Anią - moją koleżanką. Widocznie Bóg wypełnia swój plan i świadczy to o tym, że jestem tu po coś. Chociaż czasem przychodzi zmęczenie, nie poddaję się i staram się wypełniać powierzone mi zadania jak najlepiej, jednak może nie zawsze w pełni mi się to udaje. Jadąc to po raz drugi nie mogłam się doczekać chwili spotkania, kiedy wszystkich mocno uścisnę. Poznałam nowe dziewczynki, które od niedawna mieszkają w "Paulince".
Wielkim zaszczytem, a zarazem niesamowitą radością było dla mnie uczestniczenie w balu przebierańców, na którym było poprostu wspaniale. Najbardziej lubię moment kiedy po kolacji idziemy z maluchami na wieczorną modlitwę do kapliczki. Jest to dla mnie bardzo poważna i ujmująca chwila. Wszyscy klękamy i wymieniamy za kogo chciałybyśmy się pomodlić. Chociaż dziewczynki są jeszcze małe to bardzo dojrzale do tego podchodzą. Każdego dnia uczę się tu czegoś nowego, czasem dostaję także wielkiego "kopniaka", który zmusza mnie do zastanowienia się nad sobą. Bardzo cieszę się, że mogę tu być i w taki sposób spędzić swoje ferie. Korzystając z okazji chciałabym podziękować przede wszystkim Bogu, który postawił na mojej drodze tak wspaniałych ludzi. Serdeczne podziękowania składam także siostrze Zosi, która pomogła w spełnieniu mojego marzenia; siostrze Halince, która przygarnęła nas pod swoje skrzydła i pozwoliła czerpać radość z pomocy innym; wszystkim siostrom z "Paulinki", które okazują nam wiele cierpliwości i serca; wszystkim wychowankom, które zaakceptowały mnie taką jaka jestem; wolontariuszom, którzy wtajemniczyli nas w życie wolontariatu oraz Asi i Ani, które będąc tu ze mną wspierały dobrym słowem.
Wszystkim składam wielkie BÓG ZAPŁAĆ! Szczęśliwa Kamila z Małaszewicz Dużych :) -
Pokój i Dobro!
Cześć Sercu Maryi... Witam wszystkich serdecznie. Pozdrawiam Siostry i ich wychowanki, które miałem okazję poznać podczs mojego pobytu we Włocławku, w dniach 14-15 listopada 2005 r. Choć moja wizyta była krótka to jednak pozwoliła mi poznać nie tylko osoby ale i zabudowania, które tworzą ten Rodzinny Dom. Atmosfera w nim jest taka, że pozwala czuć się dobrze od samego początku. Wychowanki są otawrte na nowe znajomości i umieją się zachować jak zobaczą zakonnika, choć jak się okazało takiego jak ja widziały pierwszy raz. Miałem okazję być podczas wspólnego odrabiania lekcji, które stwarza rodzinną atmosferę, uczy wzajemnej pomocy, a także współpracy i tolerancji. Nawet ja skorzystałem z tego czasu dowiadując się trochę o kredkach, że nie wszystkie służą do robienia makijażu a już na pewno nie te, które dziewczynki noszą w piórnikach. Dziewczynki chętnie dzieliły się wrażeniami, których doznały w ciągu przeżytego dnia w szkole czy drodze do domu. Także rozmowna i serdeczna w podejściu pani z kuchni nadaje uroku w domu. Nie mogę pominąć Asi, z którą miałem okazję spędzić trochę więcej czasu, dziekuję jej za to, że obdarzyła mnie zaufaniem i nawet podzieliła się ze mną swą radością i pokazała piękny obraz Matki Bożej jaki posiada w swoim pokoju. No a potem było czytanie bajek i rozmowa, która przyniosła wiele radości.
Na koniec jeszcze raz pozdrawiam wszystkie dziewczynki i życzę aby codzienne życie przynosiło wam wiele radości i chęć do pracy nad swoimi słabościami. Życzę wam wiele uśmiechu, który ładnie wygląda na waszych twarzach.
Serdecznie dziekuję, Siostrom Sercankom, które przyjęły mnie serdecznie i ciepło, że mogłem być w tym domu i przeżyć rodzinne franciszkańskie spotkanie.
br. Lucjan, Kapucyn -
Wspomnienia Wolontariuszki
Jestem studentką drugiego roku Pedagogiki Społecznej na Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej im. Papieża Jana Pawła II w Białej Podlaskiej. W dniach 16-39 lipca 2005 roku wraz z koleżanką zgłosiłyśmy się jako wolontariuszki do Domu Dziecka "Paulinka'' we Włocławku. Przez personel jak i wychowanki zostałyśmy przyjęte bardzo serdecznie i miło. Nie spodziewałyśmy się zbyt wiele, a dostałyśmy więcej, niż mogłyśmy sobie wyobrazić. Dziewczęta były na nas bardzo otwarte, czym byłyśmy miło zaskoczone. Wiele mogłyśmy się od nich nauczyć jak i też im przekazać coś od siebie. Szczególnie jedna cecha utkwiła mi w pamięci: wrażliwość. Będąc z nimi na co dzień mogłyśmy zobaczyć, jak funkcjonuje taki dom dziecka - ale zobaczyć tak w rzeczywistości, a nie z opowiadań innych. Było bardzo dużo nowych doświadczeń. Wiem, że te dwa tygodnie wiele zmieniło w moim życiu i nie mogę obok tego przejść obojętnie. Dzieci te potrzebują bardzo dużo miłości. Wiem też, że dopóki sama nie doświadczyłam bycia w domu dziecka, nie miałam o tym pojęcia. Każdemu poleciłabym, aby jeśli to możliwe, zgłosił się kiedyś na wolontariat do domu dziecka. Nawet się nie spodziewamy jak dużo możemy z tego wynieść. Dziękuję szczególnie siostrom, które prowadzą ten dom za to, że dzięki nim czułyśmy się jak w swoim domu. Asia Żmińczuk, wolontariuszka z Terespola (15-10-2005 21:07)
-
Byłem wolontariuszem...
Byłem wolontariuszem... Tak, dokładnie 3 lata temu, właśnie 11 listopada (jeśli się nie mylę) - w święto niepodległości Polski - po raz pierwszy pojechałem do Integracyjnego Domu Dziecka "Paulinka" we Włocławku i po raz kolejny tym samym spróbowałem czegoś nowego. Już tak jestem ukształtowany, że lubię próbować czegoś nowego, lubię poznawać nowe rzeczy. Nie zawsze jest to dobre, bo wiele moich prac, kierunków mojego zaangażowania okazało się "niewypałami", z których wyniknęło niewiele więcej niż stracony czas i zaprzestanie danej działalności. Nie mniej jednak jakąś naukę na przyszłość zawsze to stanowi. W końcu człowiek uczy się na błędach. Ale wracając do pierwszej podróży do domu dziecka, na pewno nie można jej nazwać "nauczką na przyszłość", lecz rozpoczęciem nowego etapu w moim życiu, który wiąże się nieodłącznie z moim nawróceniem, a raczej rozpoczęciem prawidłowego poznawania Boga. Odwiedziny domu dziecka były całkowicie nowym przeżyciem, którego trochę się bałem, bo w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, co mnie czeka. O domach dziecka miałem wyobrażenie pochodzące jedynie z mediów, programów poszukujących sensacji, które pokazywały przerażającą biedę, w jakiej przychodziło żyć ludziom zdanym na łaskę opieki socjalnej. Zresztą słowa naszego opiekuna - ks. Ireneusza Sawickiego, z którym właśnie 11 listopada 2002 roku pojechała grupa uczniów III Liceum Marii Konopnickiej we Włocławku, w której znalazłem się też ja (i o którym dużo dobrego mógłbym mówić przy każdej okazji, ale tu ogranicza mnie Twoja cierpliwość drogi Czytelniku), potwierdzały moje przekonanie. Na pytanie: czy mam coś wziąć dla tego domu dziecka - usłyszałem - cokolwiek, na pewno się ucieszą. Kupiłem więc trochę cukierków, o ile dobrze pamiętam. I z tymi cukierkami przekroczyłem próg domu dziecka...
Okazało się, że byłem zdecydowanie bardziej przestraszony, niż to było potrzebne - po pierwsze, a po drugie - niż niektóre z wychowanek, które, nie wiem dlaczego, zaczęły wchodzić mi na kolana i prosić, żebym ponosił je "na barana"... Ja oczywiście grzecznie wykonywałem te prośby (głównie płynące z ust Ani Zimermann), które w danej chwili były dla mnie równoznaczne z podawaniem kubka wody umierającemu z pragnienia człowiekowi.
Tak w skrócie wyglądała moja pierwsza wizyta w "Paulince", po której, za namową ks. Ireneusza, ja i kilka innych osób postanowiło stale - mniej więcej raz w tygodniu - odwiedzać dzieci z tego domu dziecka i miłe siostry zakonne opiekujące się nim, które nas tak ciepło przyjęły. To było preludium mojego pierwszego w życiu bezpośredniego i regularnego zaangażowania się w działalność charytatywną. Samo to jednak nie było decydujące o poświęceniu, jakie włożyłem w tę pracę. Najważniejsze znaczenie bowiem miało pierwsze spotkanie przyszłych wolontariuszy w szkole, które odbyło się tydzień po opisanej przeze mnie wizycie w domu dziecka...
Przyszedłem na nie, bo przecież w końcu przez jakiś tam okres czasu zamierzałem przyjeżdżać do tego domu. Usiadłem sobie z boku klasy, żebym nie rzucał się w oczy innym uczniom takim, jak ja, z których prawie nikogo nie znałem. Ksiądz Ireneusz wszedł do klasy, zaczął coś mówić o regularnym jeżdżeniu itp. Pomyślałem, że nie usłyszę pewnie nic ciekawego i usadowiłem się nieco wygodniej w krześle spokojnie oczekując na koniec spotkania... Ale nagle zaczęło się robić ciekawiej, ksiądz zaczął mówić o tym, że powinniśmy ustanowić dla siebie "szefa grupy" spośród nas. I nagle spojrzał na mnie i powiedział: "ja proponuję na szefa Krzyśka, dlatego, że...".
I co się stało po słowach księdza? Oczywiście nikt nie śmiał się sprzeciwiać i w ten sposób zostałem szefem wolontariatu w III L.O. im. Marii Konopnickiej we Włocławku ds. Integracyjnego Domu Dziecka "Paulinka".
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Przecież nie jest to wizyta w domu dziecka i nie opowiada o mojej działalności. Racja, ale te słowa opowiadają o czymś podstawowym, dzięki czemu łatwo można zrozumieć mój stosunek do tej pracy i wyobrazić sobie zgrubsza, jak ona wyglądała. Opowiada o moim osobistym podejściu do rośliny, na której przyszło mi być liściem dla owoców. Do przepięknej rośliny, którą był dom dziecka.
Jeszcze kilka tygodni przed pierwszą wizytą w "Paulince", gdyby ktoś mi powiedział, że zostanę szefem właśnie takiego wolontariatu, to albo przestałbym go lubić myśląc, że wyśmiewa się ze mnie, albo on przestałby mnie lubić, bo to ja wyśmiewałbym się z niego. W każdym razie nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w takiej roli. Naprawdę nigdy, chociaż w wielu nierealnych rolach się widziałem. W roli strażaka, koszykarza, chirurga, ale szefa wolontariatu? Przenigdy. Po prostu nie marzyłem o czymś takim. Sądziłem zapewne, że aby być szefem czegokolwiek potrzebne są ogromne umiejętności, mnóstwo znajomości i jeszcze więcej szczęścia.
I nagle ksiądz mianuje mnie takim szefem. Co czuję? Przede wszystkim dwie rzeczy, które będą oddziaływać na całe trzy lata pracy w ramach wolontariatu w mniejszym lub większym stopniu.
Najpierw jest to magiczna siła zaufania, jaką obdarzył mnie ksiądz. Człowiek w moim przekonaniu o niebo wyżej ode mnie w niewidzialnej hierarchii ludzkiej, obdarza mnie zaufaniem kiedy czyni mnie szefem wolontariatu. Później daje więcej - pozwala mi mieć własne pomysły, realizować je według własnego przekonania. Rzecz nie do pomyślenia dla kogoś takiego, jak ja. Przecież nie miałem żadnego doświadczenia, małą wiedzę w porównaniu z nim, a jednak taki jest jego wybór. Zostaję szefem i to ode mnie ma dużo zależeć.
W tym momencie łatwo zrozumieć moc zaufania we wszystkim, gdzie pojawia się człowiek. Bez niego nie da się nic zbudować, a z nim góry można przenieść. To zaufanie dodało mi odwagi, pozwoliło mi uwierzyć w siebie, pouczyło o wartości, jaką ma samo zaufanie i podpowiedziało, że powinienem czynić podobnie. Dlatego w kontaktach z wychowankami domu dziecka staram się ufać. Co to znaczy? To znaczy mówić o sobie i ufać, że osoba, która tego słucha odbierze to, co słyszy, mądrze. I to działa - dziewczyny z "Paulinki" otwierają się wtedy również. Poza tym znaczy to także powierzać inne ważne dla siebie rzeczy do dyspozycji innych. To buduje wzajemne zaufanie - podstawę do otwarcia się.
A co jeszcze tak bardzo wpłynęło na mój stosunek do tej pracy? "Zostaję szefem i to ode mnie ma dużo zależeć." A zatem to ja jestem odpowiedzialny! Powierzenie mi takiego stanowiska, mi - osobie, która nie spodziewała się tak ważnego zadania, ale także wyróżnienia, bo to w końcu ja, a nie kto inny, jest tym szefem, jest czymś, co bardzo motywuje mnie do działania. Skoro ksiądz powierza mi takie zadanie, to znaczy, że liczy na mnie. Nie mogę go zawieźć. Jednak w motywacji do jakiegokolwiek działania przede wszystkim liczył się fakt, że to ja miałem być szefem, a więc być odpowiedzialnym za sukcesy i porażki danej organizacji, grupy. Podchodziłem do tego z wielką ambicją, często niezdrową, bo doszukiwałem się w tym formy rywalizacji. Z czasem jednak zacząłem rozumieć, że tu nie liczy się to, ile razy pojadą dziewczyny na basen, ale ile włożę w to miłości. I te dwie cechy wyznaczają w ogólnym zarysie jakość moich działań w domu dziecka, które można podzielić na dwie płaszczyzny - bezpośrednie kontakty z kilkunastoma wychowankami oraz organizacja grupy wolontariuszy i różnych form naszej działalności.3 lata to bardzo obszerny okres czasu i nie będę tu szczegółowo opisywał tego, co podczas każdej wizyty robiłem, bo to nie o to chodzi, a poza tym znudziłbyś się drogi Czytelniku. Ważniejsze jest według mnie to, jakimi ja, wychowanki oraz wolontariusze, z którymi miałem przyjemność pracować, byliśmy ludźmi umownego 11 listopada 2002 roku, a jakimi jesteśmy teraz.
Zacznijmy od jednego - jesteśmy innymi ludźmi. Zmieniliśmy się w różnym stopniu, ale każdy z nas zmienia się pod wpływem tego, co przeżywa. Opowiem tu więc o sobie, bo nie mogę i nie potrafię powiedzieć, jak to jest z innymi ludźmi.
Na początek trochę "suchych" faktów.
Przez dwa lata byłem szefem wolontariatu, w trzecim roku zarząd grupą przekazałem Jackowi Pawlakowi, a sam poddałem się jego władzy i byłem tzw. zwykłym wolontariuszem, co jest zdecydowanie łatwiejsze, o czym świetnie wie także sam Jacek i o czym się przekona również jego następca lub następczyni. Bycie szefem wymaga bowiem myślenia o dobru dwu grup ludzi - wolontariuszy oraz wychowanek domu dziecka. Są to różni ludzie i cała sztuka w prowadzeniu wolontariatu polega na tym, żeby wprowadzać w życie takie inicjatywy i pomysły, które dadzą coś dobrego zarówno wychowankom, jak i wolontariuszom. Trudno mi siebie oceniać, ale mam nadzieję, że jakoś to wychodziło... przynajmniej się starałem. To wszystko zajmuje jednak strasznie dużo czasu, jest pracą niezauważalną, mrówczą i trudną, bo trzeba pokonywać bardzo wiele własnych uprzedzeń, lęków, choćby po to, żeby zdobyć sponsorów na sfinansowanie wycieczki domu dziecka. Właściwie to właśnie przez te dwa lata zrozumiałem bardzo wiele rzeczy. M.in. to, że nie efekty pracy się liczą, ale serce w nią włożone. Dziś może to brzmieć nieco nieaktualnie. Ktoś mógłby powiedzieć, że patrząc w ten sposób można by usprawiedliwić wiele błędów ludzkich, np. dziury w polskich drogach. Jest to jednak spowodowane materialnym patrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. Żeby bowiem móc uznać to za prawdę, trzeba znajdować się w stanie wewnętrznej wolności i jedności z Bogiem. Bo tak naprawdę nie ma znaczenia to, czy coś mi się uda zrobić dla Gosi, dla Agnieszki albo dla Dagmary. One same nie będą przywiązywały do tego takiej wagi, jak do tego, jak wiele z siebie dam, żeby im pomóc, jak bardzo będę tego chciał. Właśnie w ten sposób udawało się zawiązywać głębsze więzi z wieloma z dziewczyn.
No właśnie - a co się dla mnie najbardziej liczyło w tych kontaktach osobistych z wychowankami? Jak chciałem pomóc? Powiem przewrotnie - nic się nie liczyło. Dlatego, że nie miałem żadnego doświadczenia zaczynając tę pracę i zupełnie nie wiedziałem, jak mogę pomóc. Z tego powodu zdałem się na łaskę Boga i chyba on mnie poprowadził i pouczył z czasem, co powinienem robić. Ale w zasadzie nie robiłem nic szczególnego - chciałem tylko zaprzyjaźnić się z dziewczynami, czyli być przyjacielem i mieć przyjaciół między nimi. I w ten sposób uleczaliśmy się wzajemnie - rozmawialiśmy, wymienialiśmy poglądy na wiele tematów, dzieliliśmy się wrażeniami ze wspólnie przeżytych wydarzeń, zwierzaliśmy się sobie. Z młodszymi dziewczynkami zabawa byłą najlepszym do tego kluczem. Nie wiem, jak bardzo to wszystko pomogło dziewczynom, ale mnie bardzo otworzyło i dodało wiary.
Poza tym robiłem jeszcze oczywiście dużo konkretnych czynności, jak np. korepetycje z matematyki z Agnieszką Świeczkowską, ale w zasadzie można to też zamknąć w tej szufladce pod tytułem "dążenie do przyjaźni", bo robiłem to dla jej dobra w przyszłości, ale przy okazji przebywaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i zdążyliśmy chyba trochę porozmawiać.
Ponad te wszystkie korzyści, które opisałem jest jeszcze oczywiście niezmierzona wiedza o człowieku zranionym, który potrzebuje miłości. Że tak powiem wiedza psychologiczna - bezcenne doświadczenie, które może się jeszcze przydać w przyszłości.
A ja? Jaki ja jestem teraz? Nie ulega wątpliwości, że bogatszy o skarby, których nie mógłbym sobie uświadomić bez Boga. Dostałem też jakiś papierek jako zaświadczenie o pracy, ale nie on się liczy. Liczy się to, że poznałem bardziej siebie, uświadomiłem sobie wiele swoich dobrych i złych stron. No i bardzo ważne jest też to, że gdy pojawię się w "Paulince", to uśmiech jest przeważającą reakcją na mój widok. Myślę, że bardzo ważna w tym wszystkim, przerażająco ciężka i pełna poświęcenia, jest praca sióstr ze Zgromadzenia Córek Najświętszego Serca Panny Marii. Swoimi postawami wskazywały nam one nie sens pracy, były autorytetami w postępowaniu z dziewczynami, ale nie tylko, bo jako obdarzone wieloma łaskami, pomagały też w patrzeniu na życie w ogóle, w dążeniu do Chrystusa.
Byłem więc wolontariuszem, ale nie przestałem nim być w znaczeniu ogólnym, bo zrozumiałem, ze rezygnowanie z siebie, że utrata z samego siebie jest paradoksalnie ogromnym wzbogaceniem na drodze do Chrystusa.
Za to wszystko dziękuję. Dziękuję wszystkim ludziom, którzy pokornie spełnili wolę Boga, żebym mógł się do niego bardzo zbliżyć poprzez tę pracę. Mam nadzieję, że mnie też czasem udało się wypełnić w domu dziecka tę rolę. Cieszy mnie też to, że nie tracimy kontaktu, że dzięki technice możemy rozmawiać. Kiedy spotkamy się następnym razem, cały czas będzie o czym rozmawiać. Krzysiek Miller
Węgrzce, 13.11.2005r.
